TEST: SsangYong Tivoli 1.6 Quartz

SsangYong Tivoli to tegoroczny debiutant. Koreański producent chce zawojować nim rynek małych crossoverów. Czy bardzo wyraźna stylistyka wystarczy by to osiągnąć?

Design samochodów marki SsangYong przez długi czas budził kontrowersje. Model Actyon Sports stał się wręcz flagowym przykładem jak nie projektować samochodów i trafił do jednego, niezbyt zaszczytnego worka z Fiatem Multiplą. Później przyszedł stylistyczny renesans SsangYonga. Nowe auta tej marki zaczęły wyglądać bardzo atrakcyjnie. W przypadku Tivoli ktoś w dziale designu niestety znów wypił o jedną kawę za dużo.

Przód nowego crossovera z Korei przypadł mi do gustu, ale w trakcie jazd testowych spotkałem się z opiniami, że jest to raczej kontrowersyjny pomysł na front auta. Co do tyłu już nikt nie miał wątpliwości – jest szeroki i ma dziwne światła, przez co wygląda ociężale. Dlaczego ta sama firma, która zrobiła udane Korando, nie dała rady stworzyć czegoś zgrabnego po raz drugi?

Pytanie tylko – czy chciała robić coś o uniwersalnej urodzie? Spójrzmy na Nissana Juke’a. Ten samochód to król kontrowersji. Jego albo się kocha albo nienawidzi. Co więcej, jest to bezpośredni konkurent Tivoli – to ten sam segment. Może w takim razie SsangYong wybrał drogę właśnie tędy – przez świat samochodów nietypowych?

Znacznie lepiej jest już ze stylistyką wnętrza. Tutaj nie ma się właściwie do czego przyczepić. Wszystko wygląda dosyć zgrabnie. SsangYong zadbał też o niezłą ergonomię. Zdarzyła się tu tylko jedna wpadka. Przyciski do sterowania komputerem pokładowym znalazły się na konsoli środkowej zamiast na kierownicy bądź na jednej z manetek. Dlaczego? To ostatnie miejsce, w którym można szukać tych guzików.

Przyciski to drobiazg, do którego można się przyzwyczaić. Bardziej istotna jest przestrzeń wewnątrz auta. Tej jest, co zaskakujące, pod dostatkiem. Tivoli dzięki swojej pudełkowatej karoserii mieści w przyzwoitych warunkach cztery dorosłe osoby. Z tylu jest dosyć dużo miejsca na nogi i na głowę. Jak na tak małego crossovera, to dobry wynik, szczególnie, że niemały jest także bagażnik. Jego jedyną wadą jest minimalnie zbyt wysoki próg załadunkowy. Mieści on 423 l bagażu, co jest w zupełności wystarczające, nawet na dalsze podróże.

Pod maską mojego egzemplarza pracował benzynowy silnik o pojemności 1,6 l. 128-konna jednostka sparowana była z 6-biegową przekładnią ręczną. Po aucie tych rozmiarów dysponującym taką mocą spodziewałem się nieco więcej wigoru. Silnik męczył się szczególnie w trakcie wyprzedzania w trasie. Do miasta to jednostka jedynie wystarczająca. Jeśli ktoś oczekuje czegoś więcej w postaci frajdy z jazdy, powinien poszukać gdzie indziej.

W trasie Tivoli wykazał się przyzwoitym zużyciem paliwa. Jego zapotrzebowanie ograniczyło się do około 6 l na 100 km przy jeździe głównie drogami ekspresowymi. Podane katalogowe 5,5 l poza miastem jest wynikiem nietrudnym do osiągnięcia, jeśli poruszamy się głównie trasami z ograniczeniem do 90 km/h.

Gorzej jest w mieście – Tivoli potrzebuje tu nawet katalogowo sporej porcji benzyny. 8,6 l/100 km to wynik, który osiągają duże samochody z dwulitrowymi jednostkami. To tym bardziej zaskakujące, że Tivoli to właściwie mimo swojego uterenowienia, samochód miejski.

W mieście doskwiera jeszcze jeden problem. W trakcie ciągłego przyspieszania i hamowania ciągle zmieniamy biegi. Przekładnia w Tivoli jest dobrze zestopniowana, ale ma problem z prowadzeniem drążka. Czasami haczy on przy przejściu z jedynki na dwójkę, co jest bardzo uciążliwe, kiedy chcemy przyspieszyć dynamicznie i włączyć się do ruchu.

Mimo kilku wad Tivoli to przyzwoite auto, które dzięki zwiększonemu prześwitowi nieźle poradzi sobie w lekkim terenie, a do tego zapewni wystarczająco dużo przestrzeni, by w dosyć komfortowych warunkach przewieźć cztery dorosłe osoby. Cena tego oryginalnego wozu? Cennik Tivoli otwiera kwota 59 900 zł.

Tagi: bagażnik, cena, crossover, recenzja, Silnik, ssangyong, test, tivoli, zużycie paliwa